Nie kopiuj. Uszanuj mój trud włożony w tworzenie tego.ho_ho_ho.ogg

Tragedia w dwóch aktach


Przestronny, mały pokoik przerażał Jima. Biały sufit, białe ściany, biały kaftan…
- Nie, nie, nieeee!- krzyczał w niebo głosy, póki nie usłyszał szczęku otwierających się drzwi. W  progu stanęła wątła pielęgniarka, a tuż za nią doktor Skin, jego psychiatra.
 
- Pan wie! Pan wie, że to nie ja!- Jim wyrwał się w stronę lekarza, jednak był zbyt mocno związany sznurem do podłoża. Jego oczy pełne były nadziei. Szukał ją w zastygłej twarzy lekarza, złakniony zrozumienia.
- Jim, My wszyscy wiemy, że jesteś niewinny- doktor przysiadł na ziemi w bezpiecznej odległości od pacjenta, patrząc mu prosto w oczy i mówiąc spokojnie – Opowiedz raz jeszcze swoją historię.
- Ale ja jej nie zabiłem..
- Właśnie dlatego opowiedz swoją historię, my wszyscy wiemy – lekarz włączył dyktafon i słuchał potoku słów.


Londyn,2010


- To już ostatnia skrzynia, Panie Rona.- odrzekł rosły osiłek, kładąc drewnianą skrzynię na posadce.
-Ostrożnie z tym!- do pracowni wpadł szpakowaty jegomość.  Niedbale zapięta koszula, rozwichrzone włosy i przekrzywione okulary na nosie zdawały się być jego wizytówką, która już na dzień dobry krzyczała "Nie sypiam całe noce, by tacy jak Ty mieli czym jeździć".
- Już, już...- odrzekł tragarz, zabierając się za wypisanie kwitu dla właściciela, szepcząc pod nosem- Bo Ci żyłka pęknie.
Mimo uszczypliwości pod jego adresem, Jim Rona nie zwracał już uwagi na mężczyznę, skupiając swój wzrok na skrzynce, spoczywającej w rogu pokoju tuż przy blacie. Podszedł do Niego niczym przed oblicze władcy, przyglądając się jej z każdej strony.
- Proszę pana…-  fanatyczne obserwacje przerwał mu głos osiłka, stojącego obok naukowca z kwitem w ręki. „ Będzie lepiej, jak się stąd zmyję'- przemknęła osiłkowi myśl , gdy spoglądał na Jima-' Nie płacą mi, abym zadawał się z psycholami. Jeszcze tego brakuje.."
- Tak, tak, idź Pan już.- Rona machał tylko ręką.
Tragarz zostawił kwit na stole i wyszedł.
 
Jim rozejrzał się jeszcze, przemykając przez pokój, zasłaniając okna i zamykając drzwi, by wreszcie móc skupić wzrok na pudle. Wziął z blatu srebrny łom i zabrał się za otwieranie skrzyni.
 
- Kochanie, wszystko dobrze?- wydobył się zza drzwi troskliwy głos kobiety.
- Em..tak, Kochanie. Dostałem tę paczkę z nowym monitorem do komputera. Ale będę musiał go zwrócić, bo ..-  zrobił przerwę na wykaszlenie zalegającej flegmy w gardle, by zamaszyście ją wypluć- .. Widzę, że jest uszkodzona. Nic wielkiego.
Nastała cisza. „ Poszła, całe szczęście' – pomyślał.
- Pójdę do sąsiadki na herbatę, wrócę niedługo.- odrzekła żona.
- Dobrze, Skarbie- Jim z nieukrywaną ulgą przyjął tę informację- Wedle Tego życzenia.

***

Pracownia do której wejście skryte było zza szafą śmiało by mogła pomieścić sporych rozmiarów rodzinkę. Wnętrze było zadbane, wręcz pedantyczne. Ściany były zasłonięte wielkimi regałami, zasypanymi książkami, takimi jak podręczniki anatomii, zagadnienia z zielarstwa, jednak pośród tych niepozornych ksiąg czaiły się Białe Kruki, które Jim skrzętnie skrywał w pracowni.  Tajniki czarnej magii, które zgłębiał wolał zostawić raczej w tajemnicy, bo mimo że nie żyje już w czasach inkwizycji jak jego prapraprapra…dziadowie, to jednak lęk pozostał w Nim. Zresztą, ilu świrów żyje na świecie, którzy okrzykują siebie wielkimi magikami, uzdrowicielami, wróżbitami za psi grosz, chociaż nie są godni być kurzem na ramieniu Jima w tych dziedzinach?  Na samą myśl mężczyznę przeszył dreszcz obrzydzenia do takich ludzi. Jednak owe uczucie zaraz zniknęło, gdy chwycił w dłonie małe zawiniątko, spoczywające pomiędzy papierzyskami w skrzyni. Ostrożnie podniósł je i położył na drewnianym, antycznym blacie.  Rozwinął je delikatnie, a przedmiot rozjarzył się czerwoną poświatą, zalewającą mrok pomieszczenia.
 
Jim uczynił coś na kształt uśmiechu.
Wszystko zdarzyło się w jednej chwili. Powietrze zrobiło się gęstsze, płomienie świec zgasły, zaś w przejściu do tajemnego wejścia naukowiec widział tylko smukłą sylwetkę opartą o drewnianą laskę.
- Mówiłem, że już nie ma więcej do wniesienia! – krzyknął Jim, łapiąc zapobiegawczo za leżący kawałek drewna.
 
Zrobiło się przenikliwie zimno.
 
-Proszę stąd wyjść..
- Śmieszny jesteś. –  głos był pociągły i głęboki.  Potem dobiegło Jima coś na kształt śmiechu, gdy postać zaczęła powoli schodzić po schodach, kroki okutych butów monotonnie dźwięczały na schodach-  Zabaweczka…
Jima przeszył niemiły dreszcz za plecami. Szybko się odwrócił jednak nie ujrzał nikogo. Gdy znów spojrzał na schody, przeraził się. Jegomość stał tuż przed nim, patrząc na Niego szarymi oczyma . Miał bardzo młodą twarz, jednak jego oczy , lodowate w swym wejrzeniu, zdawały się być całkowicie puste. Krucze włosy spływały na jego ramienia, lico ukryte było za szerokim rondlem kapelusza.
- Pan Jim Rona?- spytał, ściągając kapelusz z głowy i sięgając do niego. Wyjął  stary pergamin i rozwinął go, czytając na głos.- "W imieniu Najświętszego Kościoła, zostaje Pan postawiony w stan oskarżenia za uprawianie czarnoksięskich praktyk wymierzonych w osoby trzecie".
 
'Co to kurwa ma być?!' myśli Rony  w jednym momencie sprawiły, że czuł kompletny chaos w głowie.  Dlatego też może z tego powodu rzucił się na mężczyznę, jednak nagle zaczął biec w miejscu kilka centymenrtrów nad ziemią.
Cały zdębiał,  zesztywniał niczym skuty lodem. Nieznajomy uniósł lekko rękę ku górze.
- Proszę chwile odpocząć, Panie Rona.- żachnął się ciemnowłosy, podchodząc do stolika z kamieniem.
 
Ostatnie, co ujrzał niedoszły czarownik, było jak sunął niczym piórko w przestworzu. A potem już tylko ciemność.





Tępy ból z tyłu głowy sprawia, że pęka mu głowa.Siedział związany w piwnicy.  Na pustym stole, gdzie dotychczas rozkładał narzędzia do naprawy samochodu  leżała zwinięta paczuszka z kamieniem, zaś wokół wyrysowany był okrąg z runami. Te same znaki także były widoczne na ziemi, kołem otaczając Rone. Zaś wokół kręgu, po zewnętrznej stronie krążył ciemnowłosy mężczyzna, uśmiechając się na widok obudzonego czarnoksiężnika. Zaraz też jego postać rozmyła się. Wśród panującego w piwnicy mroku wyłoniła się jasna postać o pięknych blond włosach.Mleczne, nagie ciało sunęło nad ziemią, długie włosy zmysłowo podkreślały smukłą sylwetkę kobiety . Miała w sobie  to coś, co przyciągało ima jak magnez. Przecięła krąg, wkraczając w jego wnętrze. Jej postać sunęła wokół Jima. W końcu stanęła na wprost Niego, padła na kolana i kładąc dłonie na Jego kolanach, spojrzała na Niego swymi błękitnymi oczyma.
 
 Ty wiesz… „ usłyszał delikatny dźwięk w głowie „ Ty wiesz, że to jest złe. Złe to, co zrobiłeś i nie ma usprawiedliwienia. Ty nie masz nic do stracenia, jednak  powiedz, po co..?"
Wszystko było zawiłe dla Jima, jednak ten kojący dźwięk sprawił, że jego myśli odpłynęły.
 Widział oczyma wyobraźni dawne lata, gdy pierwszy raz wprowadzali się do tego domu. Odkładał na Niego roczną pensję jaką zarobił w firmie i nareszcie mógł uczynić z Margot szczęśliwą. Własne cztery kąty, ciepło kominka, cicho śpiewane kolędy. Tak, widział gromadkę dzieci biegających przed domem i śmiejące się głośno. Ścisnął rękę żony, a ona uśmiechała się ciepło. I tak samo ciepłym głosem powiedziała „Tu uwijemy Nasze gniazdko"..
- Ciekawe… - wyrwało Rone z marzeń głos denerwującego kapelusznika.
- Ty nic nie wiesz, nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy! – wykrzyczał alchemik w nicość. Odpowiedział mu tylko drwiący śmiech.
Jim spojrzał znów w na kobietę. Po jej różowych policzkach spłynęła srebrna łza, która spadła na kolano czarnoksiężnika..
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie choroba. Margot, taka niewinna, słodka moja Margot. Widział znów tę samą scenę: słoneczny dzień, jego żona sadza nowo kupione kwiaty przed domem. Macha do męża, uśmiechając się. Zaraz uśmiech zmienia się w grymas, zaraz oczy wywracają się ku górze, zaraz też … kończy się. Wszystko minęło tak szybko, ktoś wezwał karetkę, przyjechali, zabrali ją, a ja czekałem w poczekalni. I nie słysząc, zrozumiałem z ust chirurga „ Czas zgonu godzina 15:37".
 
I co dalej…?" – spytał się słodki głos.
- Ja… -zaczął Jim-..ja nie wiem. Nie pamiętam..
- Jak to, Rona.. – rozbrzmiał śmiech- przecież jeszcze przed chwilą tutaj na mnie pohukiwałeś jak młodzik, a teraz z miną zbitego psa chcesz mi powiedzieć, że nie wiesz, po co przytaszczyłeś do swojego domu kawałek Kamienia Filozoficznego?
 
Cisza zastygła w ciemnym pomieszczeniu. Kobieta wstała i rozmyła się przed Jimem, zaś nieznajomy wyszedł z swego ciemnego schronienia, skąd obserwował wszystko.
- No dobra… - urwał w połowie zdania, gdyż było słychać cichutkie, pojedyncze uderzenia o stół. Kamień leżał tak, jak został odłożony, jednak runy które okalały go zaczęły się jarzyć lekkim, niebieskim blaskiem.
 
Stukot przedmiotu nasilał z chwili na chwilę, czarnowłosy zdawał się węszyć w powietrzu coś, co było niedostępne dla Rony.
Ciśnienie w głowie, które doprowadzało czarnoksiężnika do szaleństwa sprawiło, że wybuchnął histerycznym  śmiechem, jego twarz przybrała odcieni popiołu...
- A Ty z czego się cieszysz? - Inkwizytor kątem oka spojrzał na Rone, dobywając miecza przypiętego do pasa.
- Idzie Margot, moja Margot!
- Jak to? - Nieznajomy uniósł lekko prawą brew w niedowierzaniu- Przecież ona nie żyje…

autor: Kabaczkowy Kot

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz